- Musimy przyśpieszyć. - ponaglił kobiety Duch. – Jeszcze jakieś pół kilometra i będziemy na miejscu.
Obie skinęły posłusznie głowami i ruszyły ufając ślepo swemu przewodnikowi. Choć w kryjówce zabójcy byli jak w klatce to jednak ciężko było zostawić ją za sobą, dawała wszakże przyjemne złudzenie bezpieczeństwa i dziwne ciepło, które przy sporej dozie wyobraźni można było nazwać rodzinnym. Teraz musieli o tym zapomnieć i skupić się na dwóch rzeczach – przeżyciu i dotarciu do hangarów zbieraczy. Początkowo wydawało się to prostym zadaniem, lecz z pozoru prosta i krótka droga jaką mieli przebyć okazała się być zablokowana, przez hałdę gruzu. Dłuższa trasa oznaczała większe niebezpieczeństwo wykrycia, a wypchane prowiantem i potrzebnym sprzętem plecaki skutecznie opóźniały ich przemieszczanie. Mężczyzna jednakże uparł się iż bez nich nie poradzą sobie na pustkowiach…
- Za tym zakrętem powinien znajdować się właz. – wydyszał spocony jak prosiak Zabójca. Sam taszczył wielki bagaż mimo tego nie tracąc zbytnio swojej szybkości. Z gotowym do strzału automatem wyskoczył zza zakrętu i wyraźnie odetchnął z ulgą. – Czysto, chodźcie.
Ostatnie dziesięć metrów pokonali stąpając bardzo ostrożnie, aż cała ich trójka znalazła się naprzeciwko sporego metalowego włazu. Był on cały pokryty rdzą, która zważywszy na paskudny wygląd kanałów, jedynie go upiększała tworząc z niego niezwykle kolorowe dzieło. Jedynym problemem był fakt braku jakiegokolwiek zamka, ale i na tą ewentualność Duch znalazł szybkie rozwiązanie. Wyjął z plecaka niewielki ładunek wybuchowy i już miał przytwierdzić go do ściany, gdy Radża złapała go za rękę.

- Ja pomogę, a wybuch może przyciągnąć anio…stwory. – ciężko było się kłócić z tą logiką. Mężczyzna przez krótką chwile wyraźnie szukał jeszcze kontrargumentu, lecz spojrzawszy w oczy Balalaicę – która związała się dosyć mocną z małą przez ostatnie dni – skapitulował. Ciężko powiedzieć czy była to kwestia wiary, czy wiedzy na temat możliwości dziewczynki, ale kobieta nie wyglądała na zmartwioną.
- Dobrze, weź to. – Zabójca podał jej niewielkie elektroniczne urządzenie. – Przyłóż to do panelu otwierającego śluzę. Powinno załatwić sprawę i przede wszystkim uważaj na siebie. Gdybyś dostrzegła jakieś zagrożenie to wracaj do nas.
- Poradzę sobie. – szepnęła, a Balalaika dostrzegła jak na odsłoniętej szyi tamtej pojawiły się nieregularne ciemne kręgi.

Sekundę później już jej nie było. Przeszła przez właz niczym zjawa pozostawiając dwójkę dorosłych za sobą.
Wpatrywali się wyczekującym wzrokiem próbując usłyszeć choćby najcichszy odgłos dochodzący z drugiej strony. Po pięciu minutach Duch zmrużył oczy i na powrót chciał wprowadzić w życie plan z ładunkiem wybuchowym, kiedy nagle śluza zadrżała, po czym powoli uchyliła się na szerokość nie większą niż metr.
W przejściu nie zobaczyli Radży. Zamiast niej przywitał ich mocno wychudzony, blady mężczyzna. Trzymał w ręku pistolet, jednak nie to zmartwiło Balalaikę. Kobieta dostrzegła w oczach tamtego pierwsze kiełkujące oznaki szaleństwa, które były o wiele większym zagrożeniem. Raz jej klient miał takie same oczy…był biednym zdesperowanym głupcem, który przegrał całe swoje życie w kasynie. Po nocy z dziwką popełnił samobójstwo. Człowiek przed nimi mimo, iż przeżył pogrom też znajdował się na skraju śmierci.
- Zapraszam do środka, mamy już waszą przyjaciółkę. – pokiwał pistoletem w zapraszającym geście i zrobił miejsce dla przybyszy. Nie mieli wyboru, wymienili porozumiewawcze spojrzenie i jedno za drugim przecisnęli się przez wąskie przejście, które zamknęło się od razu za ich plecami.

To co ujrzeli nie napawało optymizmem. Znaleźli się w naprawdę wielkim hangarze, w którym pierwsze co się rzucało w oczy to nie pojazdy wykorzystywane przez zbieraczy do podróżowania po pustkowiach, a niewielka grupka ludzi stłoczonych przy jednym ognisku. Wyglądali naprawdę marnie, najtrafniejszym określeniem, które mogłoby ich opisać byłby zwrot: „żywe trupy”. Wszyscy wpatrywali się w gości. Z kolei na lewo od nich, w odległości jakiś pięciu metrów jakiś łysawy typ i niewysoka, grubiutka kobieta trzymali Radżę za ramiona, przystawiając do jej głowy broń palną.
- Wygląda na to, że mamy dzisiaj szczęśliwy dzień. – stwierdził ponuro wychudzony mężczyzna. – Oddajcie nam broń oraz swoje zapasy…wszystkie. A ty rzuć natychmiast broń.
- A potem co? – odpowiedział Duch. - Najpierw się zabawicie a potem nas zarżniecie? – szczególnie słowo „zabawicie” zabrzmiało wyjątkowo obrzydliwie, a Balalaika wiedziała doskonale kogo ono dotyczyło. W tym samym momencie przypomniała sobie człowieka, z którym rozmawiali, jak i kobietę przy kości. Frei i Mei, zbieracze, których spotkała zaledwie kilkanaście dni temu. Teraz wyglądali o wiele gorzej, tak jak wszyscy w tym miejscu, a i ona przeszła tak dużo, iż wspomnienie o nich ukryło się w zakamarkach jej umysłu.
- Obawiam się, że nie macie wyboru, życie dziewczynki zależy od was. – Mei wtrąciła się przyciskając lufę karabinu do prawego policzka dziewczynka. Mała nie okazywała lęku, zamiast tego wychwyciwszy wreszcie spojrzenie swojej nowej przyjaciółki puściła jej oczko uśmiechając się przy tym drapieżnie.

